<title_newspaper="Przekrj"> 
<title_article="Minuty milczenia"> 
<author_1=Wojciech ukrowski>
<author_2=>
<language=pl> 
<style=press> 
<year="1953">
<month="3">
<date=1953-03-10>
<period=w> 
<status=1_obieg>
<support=paper>
Przywyklimy myle, e jest. Pracowalimy spokojnie, bo pamitalimy, e trwa, e czuwa. Ile nadziei czyo si z Jego imieniem. Ile spojrze biego w tamt stron, gdzie nad zbatym murem kuranty wieowych zegarw odmierzay burzliwy czas.
Kiedy przymykam oczy, widz niskie, zwenione niebo. Po chmurach chodz byski, olbrzymie miasto nie pi. W wietle reflektora, wysoko, w biaej strudze wiata trzepocze sztandar jak wzniesiona pochodnia. Za murem wyznaczonym iskrami lamp, kopuy i kopuki podobne do odwrconych serc. Mrony wiatr zdmuchuje nien kurzaw. To tam. To wanie tam...
Robotnik trzyma gazet z aobn obwdk. Skada i raz jeszcze rozpociera. Podnis gow, jakby si udzi, e to cie od rusztowa pad na fotografi.
Tak, przywyklimy myle, e jest.  Trway, niezmienny. By, by  to trudno poj jak bardzo tkwi w czowieku.
Nie ten z pomnikw, marmurowych tablic, odlegy, wrastajcy ju w histori... Ale bliski, znany, przyjazny... Owiany niebieskaw mgiek dymu fajkowego, ze zmarszczk mdrej pogody w kcikach oczu.
To on umia tumaczy trudne terminy, zblia zawi teori, zamienia w rzeczy najprostsze. I nagle dla kadego byo jasne, e socjalizm, to wolno i sprawiedliwo, to chleb powszedni na stole, to ksika w rku dziecka.
Trzeba do dna rozumie czowieka, by tak do niego trafia. Nachyla si wic nad czowiekiem, uczy, wspiera, pokazywa drog.
Trafnym sowem rozcina spory, rozdziela zacietrzewionych naukowcw, ktrym pycha przysaniaa prawd. A przecie jej tylko mieli suy.
W mylach odwoywalimy si do Jego sdw. Nie kry trudnoci, twardo da powicenia i wyrzecze i wiedzia, e nikt si nie cofnie, bo cel, ktry wskazywa musia urzeka.
Przywyklimy, e jest.
</support> 
</status> 
</period> 
</date> 
</month> 
</year> 
</style> 
</language>
</author_2> 
</author_1> 
</title_article> 
</title_newspaper>
